Potęgą młodzi!

Przepis na konkurs.

1. W latach PRL-u.
Tytuł brzmiał i grzmiał. Brzmiał doniośle, nawet wzniośle. Grzmiał okrutnie, gardząc tymi, którzy młodość już przeżyli, w trudach szarej codzienności marzenia swoje pogubili, zabiegani, zatroskani, dla swych dzieci walczyli o byt. Tytuł szydził też i z młodych, przecież ci nie byli tak głupi, by nie wiedzieć, że ten okres w życiu nie trwa wiecznie. Pal sześć hasło, ktoś je wymyślił, ktoś klepnął, tak miało być, każdy konkurs jakieś zawołanie musiał mieć, fotograficzny też. Ktoś, czyli organizator, Bóg, najważniejszy, od niego wszystko zależało. Niekiedy niewidzialny, ukryty za kimś w ludzkiej postaci, najczęściej jednak chciał się pokazać, najlepiej od razu całemu światu, po to wymyślał konkurs. Ustalał reguły gry, według własnego klucza dobierał jury, fundował nagrody i na końcu z wielką pompą urządzał wernisaż wystawy, o czym za pośrednictwem telewizji i innych mediów powiadamiał społeczeństwo. Chyba, że organizatorem był skromny i ambitny ktoś. Taki szaraczek nieustannie biegał, szukał i namawiał: znajomych i rodzinę do pomocy, posiadających do ufundowania nagród, a na sędziów najlepiej z nazwiskiem lub stanowiskiem. Nie wszystkim się to podobało, jeden pomagał, drugi życzliwie urudniał i ostatecznie jakoś tak mało efektownie wypadało. Kolejną postacią w tej układance był juror, czyli sędzia, znawca tematu, szanowany gość. Oceniał, jak mu sumienie i rozum, jak organizator wraz z organizacją, ale też własne sympatie i gusta dyktowały. Zawsze sprawiedliwie, o czym był przekonany na mur-beton.
Na końcu uczestnicy. Ci mieli najmniej do gadania, właściwie nic. Zgłosili swoje dzieła na konkurs „potęgą młodzi“ i dość. Mieli czekać na werdykt.
Nagrody były. I wyróżnienia.



2. Dzisiaj
Tytuł brzmi i grzmi. Brzmi doniośle, nawet wzniośle. Grzmi okrutnie, gardząc tymi, którzy młodość już przeżyli, w trudach szarej codzienności marzenia swoje pogubili, zabiegani, zatroskani, dla dzieci swych walczą o byt. Tytuł szydzi też i z młodych, przecież ci nie są tak głupi, by nie wiedzieć, że ten okres w życiu nie trwa wiecznie. Pal sześć hasło, ktoś je wymyślił, ktoś klepnął, tak ma być, każdy konkurs jakieś zawołanie musi mieć, fotograficzny też. Ktoś, czyli organizator, Bóg, najważniejszy, od niego wszystko zależy. Niekiedy niewidzialny, ukryty za kimś w ludzkiej postaci, najczęściej jednak chce się pokazać, najlepiej od razu całemu światu, po to wymyśla konkurs. Ustala reguły gry, według własnego klucza dobiera jury, funduje nagrody i na końcu z wielką pompą urządza wernisaż wystawy, o czym za pośrednictwem telewizji i innych mediów powiadamia społeczeństwo. Chyba, że organizatorem jest skromny i ambitny ktoś. Taki szaraczek nieustannie biega, szuka i namawia: znajomych i rodzinę do pomocy, posiadających do ufundowania nagród, a na sędziów najlepiej z nazwiskiem lub stanowiskiem. Nie wszystkim się to podoba, jeden pomaga, drugi życzliwie utrudnia i ostatecznie jakoś tak mało efektownie wypada. Kolejną postacią w tej układance jest juror, czyli sędzia, znawca tematu, szanowany gość. Ocenia, jak mu sumienie i rozum, jak organizator wraz z organizacją, ale też własne sympatie i gusta dyktują. Zawsze sprawiedliwie, o czym jest przekonany na mur-beton. Na końcu uczestnicy. Ci mają najmniej do gadania, właściwie nic. Zgłaszają swoje dzieła na konkurs „potęgą młodzi“ i dość. Mają czekać na werdykt. Nagrody są. I wyróżnienia.

A Leon, ten niemłody kuc, co on tu robi? Robi, co trzeba.




PS Uczestniczyłem ostatnio w pracach jury kilku konkursów fotograficznych. Przemyślenia zrodzone z tych doświadczeń, oraz wspomnienia z konkursów, w których kiedyś sam startowałem, zachęciły mnie do napisania powyższego tekstu. A Leona sfotografowałem w Ośrodku Rehabilitacji Dzieci Zabajka 2 w Złotowie.
Trwa ładowanie komentarzy...